Fragmenty książki
Celem naszej książki jest ostrzeżenie, że historię można fałszować, idee wypaczyć i przedstawić w krzywym zwierciadle, a debatę publiczną pozorować lub ograniczyć do jednej opcji. Jeśli było to możliwe w czasie, kiedy rozpadał się system komunistyczny, kiedy cały naród żywo interesował się polityką i śledził kierunek zmian, to znaczy, że możliwe jest zawsze.(...) W tej chwili nie jest już najważniejsze, czy czytelnicy podzielą nasze krytyczne poglądy, ponieważ historii nie da się cofnąć ani powtórzyć. Dzisiaj trzeba szukać nowych myśli i idei, nowych skutecznych sposobów działania, naprawiać co się da i ostrzegać przed nowymi zagrożeniami, takimi chociażby jak GMO. Ale nie można tego zrobić nie sięgając do historii myśli społecznej i ruchów społecznych
(Do czytelników)
Przy okrągłym stole mebel jest bez kantów, ale procedura obrad pozwala na kanty niezliczone. Jedną z takich możliwości jest zaproszenie osób lub grup postronnych. (...) Stół okrągły nie ma przecież stron. Można przy nim posadzić i rząd, i opozycję, i policjanta, i Ligę Kobiet, i PRON, i „Solidarność”. Wszyscy się zmieszczą i wszyscy będą mieli swój głos, o takiej samej wadze i znaczeniu. A potem ulepi się z tych wszystkich głosów wspólne stanowisko! I my wobec braku własnego, będziemy musieli to średnie stanowisko przyjąć za swoje?
(Poważnie o „okrągłym stole”)
Do „nowej »Solidarności«” wejdą zupełnie nowi ludzie – uspokaja Wałęsa Miodowicza i nas. Przecież przy wolnych wyborach nie można takiej obietnicy złożyć! Czy więc władze „nowej »Solidarności«” zostaną wyłonione w wyborach, czy też znów poprzez mianowanie. Mianowanie z uwzględnieniem życzeń PZPR.
(...) Jeśli Wałęsa może obiecać udzielenie kredytów, oznacza to, że już zawarł z bankierami jakieś umowy. Umowy korzystne dla bankierów. Chciałbym wiedzieć, czy będą to umowy korzystne również dla nas. Łatwo jest wyobrazić sobie umowę, która byłaby korzystna dla robotnika amerykańskiego i robotnika polskiego. Umowę korzystną dla bankiera i robotnika równocześnie – jest wyobrazić sobie trudno.
(Mecz na dwu boiskach)
W krajach demokratycznych gwarantem prywatnej własności jest społeczeństwo. Lecz polskie społeczeństwo nie stanie się nigdy gwarantem własności nabytej przez partyjnych urzędników w drodze rozszerzenia przywilejów i zalegalizowanej kradzieży. Gwarantem tak nabytej własności może być tylko rozbudowana policja i autorytarny lub oligarchiczny system rządzenia. Uwłaszczenie nomenklatury, jeśli zostanie konsekwentnie wprowadzone, zlikwiduje być może komunizm, ale zamieni go na dyktaturę prawicową, realizującą dotychczasowe interesy systemu i nie zmniejszy wyzysku pracowników, ani nie rozszerzy sfery wolności.
(...)Rozważając sposoby rozwiązania problemu własności, trzeba uwzględnić fakt znacznej popularności archaicznych poglądów skrajnie prawicowych w kręgach działaczy opozycyjnych. W kręgach tworzących obecnie neo-Solidarność otwarcie uważa się, że związki zawodowe są zasadniczym hamulcem rozwoju gospodarczego. Gospodarkę przestrzega się jako byt niezależny od społeczeństwa, i interesy tak pojętej gospodarki przeciwstawia się interesom społecznym. Mamy więc paradoksalną sytuację – ponad interesem społeczeństwa, które utrzymuje się w 95% z pracy najemnej, stawia się interes gospodarki. Te poglądy tłumaczą, dlaczego twórcy neo-Solidarności tak ochoczo zrezygnowali z prawa do strajku.
(Jak wrócić do normalności w gospodarce?)
Twarde prawa ekonomii dają szansę zaradnym, którzy już teraz radzą sobie nieźle, a biedakom ugotują zupę w bezpłatnej jadłodajni.
Rząd nie obiecuje poprawy, bo wolny rynek jest wymagający, a przez 45 lat komuniści nabałaganili. Wolny rynek i jego bogowie – banki światowe, żądają wciąż nowych wielkich wyrzeczeń, ogromnego wysiłku oraz bezrobocia. Staruszki na wózkach inwalidzkich niosą mu w darze ostatnie oszczędności.
Ludzie w to wszystko wierzą, bo przecież – nasz premier, rząd, senat, „Solidarność”, telewizja, prasa, a nasz Wałęsa króluje. Sukcesy są oszałamiające nie mniej niż podwyżki.
(Szok)
Poszanowanie i wywiązywanie się z dobrowolnie zawartych umów jest zdobyczą cywilizacji i jedną z głównych sił napędowych rozwoju XX wieku. Sytuację zadłużonych rządów należy rozpatrywać przy uznaniu pełnej odpowiedzialności stron zawierających umowę o udzieleniu pożyczki. W pierwszym rzędzie należy określić, kto jest stroną zawartej umowy. (...) Żądanie, by społeczeństwa przyjęły na siebie zobowiązania niechcianej i nieakceptowanej, uzurpatorskiej władzy jest absurdem logicznym i absurdem prawnym. Jest takim absurdem, jak żądanie, by mieszkańcy Chicago przyjęli na siebie zobowiązania któregoś z chicagowskich gangów. (...) Za błędy popełnione przez banki, muszą banki zapłacić. Błąd banków polega na tym, że potraktowały niedemokratyczne władze jako prawnych przedstawicieli krajów. Banki sądziły, że wspomaganie prawicowych i komunistycznych dyktatur, oraz popieranie pro-bankowych partii politycznych, pozwoli skutecznie sparaliżować obronę społeczeństw przed wyzyskiem.
(Opinia w sprawie zadłużenia zagranicznego)
Antysemityzm w kraju, w którym po faszystowskim ludobójstwie pozostała jedynie garstka polskich Żydów, musi budzić odrazę i wygląda na ciężką i nieuleczalną aberrację. UB sprowokowała pogrom żydowski w Kielcach w 1946 roku, ale jednak ktoś dał się sprowokować.
Większość Polaków zdaje sobie z tego sprawę i w różny sposób stara się zapobiec zagrożeniu. Najskuteczniejsze wydaje się tropienie i piętnowanie objawów antysemityzmu, lecz zbytnia w tym gorliwość prowadzi do agresywnego anty-antysemityzmu, który musi wywoływać reakcje obronne. Można w ten sposób nakręcić spiralę wzajemnych oskarżeń i w rezultacie, bez obecności Żydów, sami pourywamy sobie głowy, kłócąc się o nich. (...)
(...) Po co zmuszać polskich obywateli do deklarowania, że są Żydami, są antysemitami, są filosemitami? Po co prowadzić śledztwo, czy ktoś „lubi” Żydów, czy „nie lubi” Żydów?
Wielu ludzi na świecie nie lubi Polaków, Żydów, Niemców, ale dopóki ktoś nie dyskryminuje ich, nie obraża i nie krzywdzi, nie ma podstaw do potępiania narodowych sympatii i antypatii. Natomiast domaganie się, aby ktoś „lubił” Polaków lub Żydów, ponieważ narody te wiele wycierpiały w historii, jest obrzydliwym moralnym szantażem, który budzi opór. Ci, którzy „wycierpieli najwięcej”, leżą w Workucie, Katyniu, Oświęcimiu, nie żądają, aby ich „lubić”. Przyjaźń między narodami zadekretował komunizm i skończyło się na nienawiści. Skromny postulat poprawnych stosunków zupełnie wystarczy.
(Antysemityzm)
Wybory prezydenta wyznaczono nie pytając nas o zdanie, nie pytając, czy w ogóle prezydenta chcemy. Wystarczyło, by Gorbaczow kazał nazywać się prezydentem. Ogłoszono wybory nie troszcząc się, że jeszcze nie są określone kompetencje prezydenta, że nie ma konstytucji i jeszcze nie ma sejmu, który tę konstytucję mógłby uchwalić. Ogłoszono wybory pośpiesznie, aby zdążyć zanim społeczeństwo oceni wyniki planu Balcerowicza. Postawioną poprzeczkę 100 000 podpisów mogli przejść tylko kandydaci dysponujący władzą i co najmniej kilkuset milionami złotych. Eliminowało to wszelką konkurencję spoza „swoich”.
Zmanipulowano, wydawałoby się, wszystko do najdrobniejszego szczegółu. A i tak Polacy znaleźli sposób, by przynajmniej pośrednio wyrazić swe zdanie – nieufność wobec rządzącej ekipy „okrągłego stołu”, i oddali głosy Tymińskiemu. (...) Zamiar powierzenia kierownictwa państwa człowiekowi nieznanemu, rzeczywiście wydaje się pomysłem wariackim. Lecz co mieliśmy zrobić? Postawiono nas w wariackiej sytuacji, wyznaczono rolę przygłupów, którzy według scenariusza mieli się nie połapać, że wszystko stoi na głowie. Polacy przyjęli reguły gry i zabawili się w wariatów z tymi, którzy chcieli z nich wariatów zrobić. (...) O wszystkich kandydatach społeczeństwo wiedziało wiele złego i mogło sprecyzować wiele zarzutów.
Jedynie o Tymińskim nikt nie wiedział nic. Świat przyjął proste wytłumaczenie: Polakom demokracja odebrała rozum – zapachniały im amerykańskie dolary i wybierają na prezydenta człowieka bez przeszłości, bez organizacji, nawet bez znajomych w Polsce. A to był największy atut Tymińskiego – nie ma kumpli-kombatantów, których musiałby nagrodzić państwowymi stanowiskami i fabrykami, nie należy do żadnej koterii, które gdzieś na górze kłócą się i godzą, dzielą i jednoczą, nie troszcząc się o ciemną masę na dole – zanim stworzy swoją sitwę, może da się w Polsce coś zrobić i zarobić.
Wybory mniejszego zła)
Czytając „Nie”, zgęszczony paszkwil, ozdobiony obscenicznymi rysunkami, czytelnik poddaje się wrażeniu, że rządzące elity Solidarnościowe to k..., ch... i złodzieje. Ludzie ci, jeśli byli represjonowani, to tylko po to, aby w glorii męczenników zająć stanowiska, na których mogą pokazać swoje prawdziwe oblicza kacyków i dworaków bez sumienia i godności. Nie mam powodu podważać tej tezy, taki plan chyba rzeczywiście istniał i powiódł się nadzwyczaj pomyślnie. Urban należy do osób, które musiały być wtajemniczone i chyba wie, co mówi.
Nie jestem tak miłosierna, aby współczuć „ofiarom” wyszydzanym przez Urbana. Nie są to bezbronni opozycjoniści, lecz ludzie z elity władzy i nie Duch Święty wybrał ich z tysięcy internowanych, aresztowanych, pałowanych, gazowanych, oblewanych armatkami wodnymi, wyrzucanych z pracy i wypychanych z kraju. Zrobiła to ekipa stanu wojennego, do której Jerzy Urban niewątpliwie należał. Nie wszyscy więźniowie polityczni zrobili i chcieli zrobić kariery w porozumieniu z komuchami. Byli też tacy, którzy w więzieniu stracili zdrowie (życie nie, bo ludzi w ciężkim stanie zwalniano) i zamiast na salony OKaPu trafili do piachu. O tym wszystkim mamy zapomnieć czytając „Nie” Urbana.
(Rewelacje Jerzego Urbana)
Mówiono tak – cała polska gospodarka jest komunistyczna, zniszczenie jej do podstaw jest historyczną koniecznością, a nawet patriotycznym obowiązkiem, gdyż dopiero na gruzach przestarzałego przemysłu i komunistycznych struktur społecznych będzie można za zagraniczne kapitały zbudować nowoczesną gospodarkę. Zwolennicy zachowania ciągłości politycznej między PZPR-owską PRL a niepodległą RP proponowali zerwanie ciągłości z komunistycznym państwem w dziedzinie materii, w produkcji, transporcie itd. Sądziliśmy, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zrówna z ziemią nawet bardzo biednego baraku, w którym mieszka, aby potem siedząc pod krzakiem słać rozpaczliwe listy z prośbą o wybudowanie mu nowoczesnej willi. (...) Obserwacja życia potwierdziła, że realizowany jest właśnie ten szalony scenariusz – niszczenia do dna polskiej gospodarki.
(Niebezpieczeństwa związane z otwarciem Polski na gospodarkę światową)
Wiadomo było, że nie dostanie żadnych stanowisk nikt, kto czynnie nie poprze nowej polityki gospodarczej. Obywatelski Klub Parlamentarny, działacze neo-Solidarności, Komitety Obywatelskie, wszystkie tzw. partie polityczne widoczne w życiu publicznym, jak jeden mąż poparły plan Balcerowicza. Znana mi aktywistka, obecnie na wysokim rządowym stanowisku, teraz prowadzi energiczną kampanię na rzecz modyfikacji planu Balcerowicza. Na proste pytanie – Co to jest plan Balcerowicza? – odpowiedziała: Nie czytałam, ale mam na biurku materiały i mogę wam udowodnić, że jest to plan dobry, choć trudny i nie ma innej alternatywy. Nikt już nie pytał, na czym ma polegać modyfikacja planu, którego nie znają politycy zaangażowani w jego wprowadzanie. Społeczeństwo rozpoznaje kolejne kroki tego planu po tragicznych skutkach.
(Władza dla władzy)
W Polsce jest wystarczająca ilość wartościowych, uczciwych ludzi, aby obsadzić nie jeden, a kilkadziesiąt parlamentów. Być może naród rozczarowany do polityki „okrągłostołowców” oddałby na nich swoje głosy. Wprawdzie byłoby to niemożliwe bez interwencji Ducha Świętego, który podszepnąłby wyborcom – kto jest kto i z jakiej kartoteki, ale załóżmy, że cuda się zdarzają. Tymczasem niezależnych kandydatów jest niewielu, są słabi lub źle reklamowani i mało o nich wiadomo. Wyborcy są zdegustowani – nie mamy na kogo głosować. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele, ale wszystkie można sprowadzić do jednej – naród nie zadbał o szanse w wolnych wyborach dla ludzi spoza układu „okrągłego stołu”. (...) Przeciętny polski wyborca raczej oczekuje, że coś mu kapnie z kiesy polityka niż odwrotnie. W polskiej głowie nie mieści się pomysł, że to wyborca musi finansować działalność polityczną, aby polityk był uczciwy i reprezentował jego interesy, a nie innych „sponsorów”. Polacy uważają, że są zbyt biedni, aby finansować własną politykę i zbyt słabi, aby prowadzić politykę niezależną. W rezultacie są coraz biedniejsi i bardziej zależni. Jest to błędne koło.
(Czy to będzie nowy sejm?)
Komuniści stosują teorię spisków według zasady – „Kali kraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – niedobrze”. Np. teraz sugeruje się nam delikatnie, że KGB z cichym przyzwoleniem Gorbaczowa spiskowała przeciwko Jelcynowi. Natomiast przypuszczenie, że to Jelcyn z Gorbaczowem w oparciu o KGB spiskują przeciwko społeczeństwu, kwalifikowane jest jako aberracja umysłowa. Urban pisze w „Nie”, że spiskową teorią „pierestrojki” Jadwigi Staniszkis powinni zająć się psychiatrzy. Natomiast największa brednia głoszona przez komunistów i ich pomocników, jest słuszna i naukowa. Mamy uwierzyć w spisek SB lub KGB, którego ofiarami stali się szef SB Kiszczak i szef PRL Jaruzelski, choć zamordowany został ksiądz Jerzy, bolesną stratę poniósł cały naród, a szczególnie niezależna opozycja, która straciła szczerego i odważnego przyjaciela. Oto inny przykład. Każdy strajk czy żądanie podwyżek płac jest dowodem spisku ekstremistów z komunistycznym betonem. Kto natomiast ośmieli się mówić o spisku SB z ugodową częścią polskiej opozycji, ten jest zacietrzewionym paranoikiem, który nie dostrzega realiów.
(Spiskowa Teoria Historii, czyli odwracanie kota ogonem)
(...) Zgadzam się ponieść przypadającą mi cząstkę odpowiedzialności zbiorowej za przynależność do PZPR, ale odmawiam zgody na obciążenie mnie winą za przestępstwa partyjnych bonzów. Za indywidualne nadużycia władzy, malwersacje, działania na szkodę narodu i wypełnianie poleceń Kremla każdy musi sam odpowiadać i sam ponieść karę. Obecnie nikt nie jest winny i wszyscy są winni. Szlachetny pomysł, aby nie stosować odpowiedzialności zbiorowej, zamienia się we własne przeciwieństwo. Przestępcy chowają się za plecami niewinnych ludzi, a specjaliści od moralności ostrzegają – „nie zaglądajmy w przeszłość, bo skrzywdzimy uczciwych ludzi”. Jest to zwyczajny szantaż, a kto nie da się szantażować, ten padnie ofiarą wypróbowanej taktyki kieszonkowców – „Łapaj złodzieja”. Po 45 latach wszyscy jesteśmy „jakoś umaczani”, a jak nie my, to wujek, bratanek lub przyjaciel.
(Polowanie na czarownice)
Między współczesnym polskim liberalizmem i komunizmem trudno doszukać się jakiejś istotnej różnicy. Instrumentalne traktowanie prawa, powoływanie się na jedyną słuszną ideologię, aby wywłaszczyć społeczeństwo i uwłaszczyć klasę rządzącą, są identyczne. Odwołując się do ideologii, w latach 40-tych niszczono przedsiębiorstwa prywatne arbitralnie ustalanymi domiarami, obecnie w ten sam sposób niszczy się przedsiębiorstwa państwowe. O konieczności dziejowej, usprawiedliwiającej każdy rabunek, też już słyszeliśmy w latach 40-tych.
(Prawo własności)
Prawicowość, elitarność jest w modzie. Działacze, którzy zawdzięczają kariery polityczne i finansowe związkowi zawodowemu „Solidarność”, odcinają się od „lewicy i pluralizmu”. Wart zastanowienia jest fakt, że prawicowcy uznali za głównego przeciwnika nie partyjną nomenklaturę, lecz proletariat. Biznesmen to już klasowo swój człowiek.
(...) Antylewicowa propaganda utrudni zorganizowanie się społeczeństwa do obrony swoich interesów. Do poglądów lewicowych oficjalnie przyznają się tylko pogrobowcy PZPR. (...) [W] prawicowych partiach nikomu nie przeszkadza ta uzurpacja. Nikt nie dziwi się, jak to jest możliwe, że w PZPR wręcz roiło się od ideowych lewicowców, obrońców biednych, uciśnionych i wyzyskiwanych. Były członek PZPR, znaczy lewicowiec. Nikt też nie kwestionuje lewicowości Adama Michnika, chociaż „Gazeta Wyborcza” przoduje w pogardliwym stosunku do „roboli” (...) Lewicowy – zły, antynarodowy; prawicowy – dobry, prawy, patriotyczny. Taki obraz świata serwuje nam propaganda. Skutek jest taki, że na lewicy w życiu politycznym Polski panuje pustka. (...)
Dzięki socjaliście Piłsudskiemu, chudopachołkowie obronili niepodległość Polski w wojnie z bolszewikami. Prawica debatowała, czy obrona przed komunistyczną nawałą nie jest romantycznym szaleństwem. Warto o tym przypomnieć przed rocznicą 11 listopada.
Sztuczny podział potrzeb człowieka na duchowe i materialne, tak jak rozerwanie pojęć ojczyzna i chleb, jest na rękę tym, którzy chcą nas pozbawić i ojczyzny, i chleba.
(Pod sztandarem prawicowości)
Nie jest prawdą, że tzw. gruba kreska – podstawowy warunek umowy przy „okrągłym stole” – oddzieliła nas od przeszłości jakąś informacyjną żelazną kurtyną. Jest to raczej półprzepuszczalna kurtyna, przez którą bez trudu przenikają z przeszłości informacje wygodne dla elit władzy i ich polityki, natomiast niewygodne grzęzną beznadziejnie. Np. możemy obejrzeć na filmie bohaterskie zmagania A. Michnika z Organami, ale wątpię, czy zobaczymy na ekranie sceny z Magdalenki, gdzie tenże Michnik przepija do szefa Organów.
(...)Wszyscy działacze opozycji chcą uchodzić za szlachetnych bohaterów, zdolnych do wybaczenia doznanych krzywd, nie chcą szargać dobrego imienia ugrupowań, w których działali i nie zdają sobie sprawy, że skutek może być tylko jeden – społeczeństwo całą opozycję i wszystkich przywódców „Solidarności” uważa za sprzedawczyków i zdrajców.
(...)W podziale na katów i ofiary oraz na inteligentnych polityków i nierozgarnięte niedołęgi, zaginęli gdzieś zwyczajni, przyzwoici ludzie, którzy nie zdradzili, oraz bohaterowie, którzy drogo zapłacili za wierność Ojczyźnie. Nikt nie współczuje rodzicom, których własne dzieci mają za nic, ponieważ w komunie nie potrafili sobie nawet paszportu załatwić, a i teraz nie potrafią dzieciom ułatwić życiowego startu. Cała Polska użalała się nad biednym Marszałkiem Sejmu, który niegdyś nie wytrzymał przesłuchania UB, a teraz zaszedł tak wysoko, że musi publicznie się wstydzić. Nie przyszło biedaczkowi do głowy, że pierwszą rzeczą, którą uczyniłby człowiek honoru, byłoby podanie się do dymisji. (...) W tej atmosferze nie przenikną przez grubą kurtynę wieści o tych, którzy nie załamali się w śledztwie UB i być może zapłacili za to nie karierą, ale życiem. Byłoby niestosowne przypominanie naszym luminarzom o „prostym” bohaterstwie, jakże banalnym wobec ich rozterek wewnętrznych, które niewątpliwie przeżywali ciągnąc ze zdrady różne profity. Więc jest, jak jest. Zgodnie z wolą narodu – „niech rządzi byle kto, byle rządził dobrze”, rządzi byle kto i jest byle jak.
(Kurtyna częściowo przepuszczalna)
Lansowana jest teza, jakoby Polska posiadała światłe, demokratyczne elity oraz ciemne, zdezorientowane społeczeństwo, niezdolne do korzystania z dobrodziejstw demokracji. Uważam, że jest wprost przeciwnie, a łatwo to wykazać przypominając znane fakty z ostatniego piętnastolecia.
(...) Mimo że wszystkie działające grupy wspólnie stanowiły „Solidarność”, co znalazło swój wyraz w nazwach (Solidarność Walcząca, MRKS), to ogromną jak na polskie warunki pomoc finansową, propagandową i techniczną otrzymywała tylko jedna z nich, ta mianowicie, która w 1988 roku usiadła przy „okrągłym stole”.
(...) Społeczeństwo okazało się bezradne, gdyż cała komunistyczna prasa została podzielona pomiędzy sygnatariuszy umowy „okrągłego stołu” i te ugrupowania, które później przystały na układ sił będący jej wynikiem. (...). Nic dziwnego, że cała prasa wraz z radiem i telewizją zajmowała się swoistą propagandą sukcesu rządzących elit. Oponenci mogli polemizować z oficjalną linią co najwyżej na łamach niskonakładowych pism wydawanych z własnych, pracowniczych zarobków.
(Co się zdarzyło w Polsce?)
Cała moda na hipochondrię, na bezustanne zajmowanie się własnymi bebechami, uznanie za cel życia wygód i blichtru, unikanie stresów, wysiłku, walki, niebezpieczeństw, oszałamianie się hałaśliwą muzyką, telewizją i grami komputerowymi, to przecież jedno wielkie światowe skrowienie.
Wiarę w nieśmiertelną duszę zastąpiła wiara w nieśmiertelne ciało. O wierze trudno dyskutować, jednak nieśmiertelność duszy jest mimo wszystko bardziej prawdopodobna niż to, że wreszcie jakiś wzorowy abstynent, pożeracz kiełków i otrąb w ogóle nie umrze. Myśl, że można zostawić trwały ślad po sobie narażając cenną cielesną powłokę, wywołuje zgorszenie i to bez względu na światopogląd słuchacza. Ksiądz Prymas na początku stanu wojennego powiedział – „Najwyższą wartością jest ludzkie życie”. Nie tylko Giordano Bruno spalony przez inkwizycję za poglądy sprzeczne z nauką Kościoła, również ksiądz Jerzy Popiełuszko należy do innej epoki.
Dbanie o siebie nabiera charakteru religijnej dewocji. Choroba jest karą za grzechy, np. palenie papierosów lub smarowanie chleba masłem. Obrażone bóstwo można przebłagać pokutą, np. jedzeniem surowych kalafiorów. Ciekawe przy tym, że mimo histerii antynikotynowej nie wolno krytykować rozpanoszenia się nieefektywnego transportu osobowymi samochodami. Parkingi, autostrady, stacje benzynowe zajmują już znaczącą powierzchnię, wypierając przyrodę. Samochód, który smrodzi, truje, hałasuje, stresuje i potrąca pieszych, nie jest przecież dla nich mniejszym zagrożeniem niż dym z papierosa dla niepalących. Ale samochód jest ideowo poprawny – miękkie siedzenia, nóg się nie używa, muzyczka gra, silnik hałasuje i pędzimy oglądając przez szybkę cuda przyrody lub architektury – średnio 15 gór i 6 kościołów na godzinę, zależnie od prędkości.
(O, la vache! Nadchodzi Era Wodnika)
Załóżmy, że chcemy, aby nasz reprezentant był przeciwnikiem doktrynalnego neoliberalizmu, miał poglądy lewicowe w sensie społecznym i konserwatywne w sprawach obyczajowych, był wyczulony na zagrożenie środowiska naturalnego, popierał gospodarkę rodzinną na wsi (nie produkcję żywności metodami wielkoprzemysłowymi), doceniał potrzebę lustracji, lub szerzej – odtworzenia prawdziwej historii Polski i był krytyczny wobec Unii Europejskiej. W okręgu jednomandatowym, tak jak i teraz, nie byłoby na kogo głosować. Natomiast mając do dyspozycji kilka głosów można wskazać taką reprezentację okręgu, aby w Sejmie ktoś pilnował wszystkich spraw ważnych dla konkretnego wyborcy.
(O JOW-ach krytycznie)
Elity polityczne Wschodu i Zachodu w tym czasie zmierzały już do tego samego, nowego systemu opartego na doktrynie neoliberalnej (bezwzględna prywatyzacja docelowo obejmująca również podatki i wycofanie się państwa z jego funkcji). Podział świata na dwa wrogie bloki dobiegał końca.
Jedyną przeszkodą w realizacji tego celu była „Solidarność”, której idee, zasady i metody działania, sprzeczne zarówno z doktryną marksistowską, jak i neoliberalną, nieoczekiwanie okazały się popularne i zrozumiałe w Polsce i na świecie, zyskały mocne, masowe poparcie. Była to nowa, atrakcyjna dla społeczeństwa propozycja samoorganizacji. Musiała być zniszczona, wykorzeniona, skompromitowana. Polska była kluczowym państwem dla dokonujących się na świecie zmian, choć w innym sensie i z innego powodu niż próbuje to nieudolnie dowieść fałszowana i przykrawana historia.
Odpowiedź na pytanie „czym była pierwsza »Solidarność«?” – ma zasadnicze znaczenie nie tylko dla zrozumienia historii, ale również dla przyszłości społeczeństw szukających dróg ucieczki z pułapki monetaryzmu i neoliberalizmu. „Solidarności” nie da się powtórzyć, ale świadomość, że „inny świat jest możliwy” pozwala zachować nadzieję.
(...) Fałszywy jest tylko wykluczający charakter niektórych definicji i opinii. „Solidarność” nie mieści się w żadnej szufladce, wymyka się ocenom. Nie pasuje do dychotomicznego obrazu świata lat 80-tych. Nie można jej opisać jako powstania narodowego. Związek zawodowy nie był tylko przynętą dla robotników rzekomo obojętnych wobec sprawy niepodległości. Związek zawodowy był autentycznym celem, działał realnie, nie pozornie. Próba opisu w kategoriach marksistowskich daje tak karykaturalny obraz „Solidarności”, że trudno ją rozpoznać.
(Czym była pierwsza „Solidarność”?)
Niektórzy głoszą nawet pogląd, że lepszy byle jaki autorytet niż żaden. Bez autorytetów ludzie, jak te sierotki bez ojca i matki, nie wiedzą, co myśleć o świecie i w którą stronę się obrócić. Obalanie autorytetów uważane jest za naganne, prowadzące do anarchii. Pogląd ten jest szczególnie bliski sercu obecnych elit, serwilistycznych wobec każdej władzy, w dużej jeszcze części wylansowanych przy udziale służb specjalnych PRL. Naiwne są nadzieje, że problem rozwiąże się w sposób naturalny, że elity PRL-u wreszcie wymrą. Elity, tak jak mafia, odnawiają się przez kooptację. Prędzej można się spodziewać, że w jakiejś wojnie gangów wszyscy capo di tutti capi wystrzelają się przypadkowo, niż oczekiwać, że elity sprzedajne, marne intelektualnie wylansują ludzi niezależnych, mądrych, odważnych. Patriotom sen z oczu powinno spędzać raczej obmyślanie sposobów pozbycia się obecnych elit, obezwładniających społeczeństwo obywatelskie, niż wyłanianie nowych.
(...)„Solidarność” wyłoniła pierwszą demokratyczną elitę władzy, Krajową Komisję Porozumiewawczą. KKP nie miała uprawnień władczych, ale cieszyła się takim autorytetem, że wszystkie jej zalecenia wykonywane były jak rozkazy. KKP to była pierwsza, i jak dotąd jedyna, dobra, pożyteczna lub jak kto woli autentyczna elita, choć nie celebrowała swojej elitarności, a jej członkowie byliby bardzo zdziwieni, gdyby ktoś tak ich nazwał. Trzeba było długich lat stanu wojennego dla opanowania demokracji niebezpiecznej dla ludzi systemu.
(...)W Polsce obie strony politycznego kontredansu łączył i paraliżował strach przed społeczeństwem. Było oczywiste, że zdecydowane masowe wystąpienia zmiotą zarówno PZPR, jak i „drużynę Lecha Wałęsy”. Wysiłek włożony przez tzw. stronę solidarnościową w podtrzymywanie gnijącego i rozpadającego się aparatu władzy PRL był doprawdy heroiczny. W Polsce wciąż aktualna jest opinia Hercena, że inteligencja tak boi się ludu, że gotowa jest sama dźwigać pęta, byle ich ludowi nie zdjęto.
(...) [S]połeczeństwo w dobie transformacji ustroju nie otrzymało żadnego wsparcia ze strony elit intelektualnych. Przeciwnie, intelektualiści aktywnie uczestniczyli w ogłupianiu i dezinformowaniu Polaków. Być może polskim uczonym, oprócz uczciwości i odwagi cywilnej, po prostu zabrakło też wiedzy i orientacji w procesach zachodzących w świecie. W sukurs naukowcom spieszył Salon, obrzucając inwektywami każdego, kto ośmielił się mieć inne zdanie. Szczególny terror dotyczy ekonomii. Do szufladki z napisem „oszołom, populista” można trafić za cokolwiek, np. za przypomnienie prawa popytu i podaży, ujawnienie jakichś faktów, danych statystycznych czy wyników obliczeń. O swobodnej dyskusji na temat doktryny neoliberalnej i globalnej gospodarki nie ma nawet co marzyć. Można czasem wspomnieć o niekorzystnych skutkach ubocznych i sposobach ich łagodzenia. Nieuchronnie toczy się walec dziejów. Jak w komunie.
(Po co nam elity?)
Donosiciel nie jest bowiem nawet w najmniejszym stopniu kompetentny w ocenie ważności dostarczanej informacji. Nie jest też kompetentna osoba „pokrzywdzona”, której donos dotyczył. (...) najbardziej nawet z pozoru błahy donos mógł zawierać informację pozwalającą zamknąć łańcuch drobnych faktów w spójną, logiczną całość. (...) Gdzieś w późnych latach 70. spotkany M. wita mnie słowami: „Słuchaj, bezpieka zupełnie oszalała. Maglowali mnie, co robiłem w kawiarni z K., więc opowiedziałem im, co jedliśmy i pili, a oni to zapisywali”. Po pół roku spotykam roztrzęsionego K. – „Ta cała nasza opozycja to kompletna bzdura. Bezpieka wie absolutnie wszystko. Absolutnie! Wiesz, co mi na przesłuchaniu powiedzieli? Co pół roku temu jadłem i piłem w »Złotym Ulu« z M.! A my bawimy się w konspirację. To idiotyzm!”. Był tak załamany, jakby podpisał współpracę.
(Agenci i ich obrońcy)
2008.04.24.


